Citybreak: Budapeszt i Eger autostopem

img_1700

Tegoroczne Juwenalia postanowiliśmy spędzić troszkę ambitniej niż reszta świata (po co robić osobne święto na picie browara i grillowanie na trawce przed AWFem skoro robimy tak co najmniej dwa razy w tygodniu?) i postanowiliśmy gdzieś wybyć na parę dni. W planie (kolejność zachowana) były: Bornholm, Rumunia, Budapeszt, Mazury, Beskid Niski, Budapeszt, Rumunia.

W końcu zdecydowaliśmy się na Węgry autostopem.

Podzieliliśmy się na dwie, mieszane pary, pracowicie wykonaliśmy napisy BUDAPESZT na kartonach i wyruszyliśmy w drogę, z plecakami pełnymi kabanosów i okowity.

 

img_2693

 

Szło nam naprawdę dobrze mniej więcej do wysokości Dolnego Kubina, gdzie pewien miły Słowak (który chciał dobrze) wysadził nas na wysepce na autostradzie gdzieś w szczerym słowackim polu. Pech chciał, że na zewnątrz było ze 40 stopni, woda się kończyła, a ludzie mieli nas wiecie gdzie.

 

img_1674

 

Litościwy Jasiek z TIRa w końcu zatrzymał się dla nas, żeby podratować trochę swoich rodaków. Bardzo nam mi się podobała taka jazda, kierowca okazał się świetnym gawędziarzem, dowiedziałam się też wszystkiego co potrzeba wiedzieć, gdybym przypadkiem zechciała zostać kierowcą TIRa.

Później już szło jak z płatka, a wjeżdżając do Budapesztu czułam się jak władca czasu i przestrzeni. Powitała nas zlewa, którą przeczekaliśmy pod mostem w towarzystwie Soplicy Zwycięstwa.

img_1679-animation
szczęśliwy autostopowicz u celu

Po kilku trudnościach udało nam się dotrzeć do hostelu, gdzie uświadomiłam sobie, jak ważnym i wiekopomnym wynalazkiem był prysznic. Mimo zmęczenia wyruszyliśmy w drogę do centrum miasta. Pierwsze, co spodobało mi się w Budapeszcie, to temperatura, przyjemna odmiana po naszym mokrym, chłodnym maju. Był ciepły, letni wieczór, pogoda idealna na spacer po mieście. Udaliśmy się po piwka do sklepu i z nimi pod pachą udaliśmy się najpierw na pobliską górę Gellerta. Po wdrapaniu się na szczyt (235m n.p.m.), zgrzani jak myszy, ledwo żyjąc, dysząc, padliśmy przed pomnikiem Wolności. Podobno nie wolno tu pić w miejscach publicznych, ale było pusto (a poza tym należało się nam). Przed nami rozpościerał się widok na cały, pięknie oświetlony Budapeszt.

img_1700

Czego absolutnie się nie spodziewaliśmy w tej cichej, spokojnej scenerii to nagły przemarsz tuż przed naszymi nosami wojska węgierskiego, kilku bardzo bogatych polityków oraz policji. Przeszli spokojnie obok nas, grupy zdziwionych Polaków z piwem w rękach, nie zwrócili na nas najmniejszej uwagi i poszli sobie dalej.

Wniosek z tego taki, że Węgierska policja jest bardzo obojętnie nastawiona do łobuzujących turystów i super 🙂 Gdy już otrząsnęliśmy się z tego wszystkiego, potem działo się już niewiele, jakieś przestawianie ławek, wędrówki po ciemnym lesie, gonienie kaczek i wspinanie na pomniki, dokładnie nie wiem.

img_1733

Nocą mieszkańcy Colors Hostel w Budapeszcie powitali nas po królewsku, a my ich polską wódką. Ten uroczy wieczór spędziliśmy w kosmopolitycznym towarzystwie imprezując na balkonie.

Poranek był jak zwykle bardzo ciężki, my jednak, jak zawsze pełni zapału, udaliśmy się na zwiedzanie dalszej części stolicy- po taniości, czyli na piechotę. Zrobiliśmy tego dnia milion kilometrów i nikt nie wpadł na pomysł, żeby skorzystać z rozwiniętej sieci komunikacji miejskiej w Budapeszcie, albo chociaż z zabytkowego metra- do dziś nie wiem czemu, możliwe, że po prostu byliśmy zbyt leniwi, żeby się tym zainteresować.

Zobaczyliśmy między innymi zabytkowy most łańcuchowy nad Dunajem, Plac Bohaterów, pospacerowaliśmy po Wzgórzu Zamkowym, gdzie ze zmęczenia prawie wleźliśmy do fontanny.

Okazało się też, że zakochani na Węgrzech bardzo lubią eksponować uczucia, więc po zobaczeniu setnej pary zjadającej się na ulicy już naprawdę załamywaliśmy ręce.

 

11304284_871395556266816_103254983_n

 

img_2736
zmęczona płeć piękna raczy się zimnym piwkiem
img_2784

 

img_2770
my na Placu Zwycięstwa

 

img_1933
Parlament

 

img_1820
Wzgórze Zamkowe
img_1842
img_1867
img_1911-animation

Naszym ostatnim przystankiem była Wyspa Małgorzaty. Co tu dużo mówić – Krakowski Park Jordana nie ma się czym pochwalić. Wyspa to 96 ha zielonego terenu, mini zoo, łaźnie, grające, podświetlone fontanny, klimatyczne knajpki a przede wszystkim czysta trawka, na której można się rozłożyć na kocu z piwkiem i nikt nie czyha za drzewem, żeby ci wklepać mandat.

Po małym odpoczynku na wyspie wróciliśmy do centrum wzdłuż brzegu Dunaju, minęliśmy Parlament (znów nasuwa się na język nieśmiertelny cytat o Rozmachu) i zmęczeni dotarliśmy do naszego hostelu. Po szybkim prysznicu postanowiłam dalej korzystać z uroków życia nocnego Budapesztu, jednak tu niestety napotkałam na opór części grupy. Mimo to wyszliśmy na miasto. Skończyło się kłótnią i ogólnym zły humorem (podobno wszystko moja wina). W stolicy Węgier niestety nie ma już tak fajnych, tanich pubów jak w Pradze. Skończyliśmy w dziwnym lokalu dla tureckich gejów (tak ochrzcili go moi towarzysze podróży), gdzie piwo było okropne, a wystrój paskudny.

Wieczór uratował nasz towarzysz z hostelowego pokoju, którego obudziliśmy niechcący i który z silnym brytyjskim udawanym akcentem wyzywał nas od czci i wiary i puścił nam najśmieszniejszą, zgapioną z seriali wiązankę, jaką w życiu słyszałam. Zawierała ona słowo „f.uck” w 50 różnych kombinacjach i zdążyła obudzić i rozśmieszyć całą resztę naszych współlokatorów.

Budapeszt to dla mnie jedno z ładniejszych europejskich miast. W tym pięknym miejscu każdy znajdzie coś dla siebie. Ci, którzy chcą coś zobaczyć i ci, którzy przyjechali się dobrze bawić. Spotkaliśmy samych miłych ludzi i, pomijając całujące się na każdym kroku pary i kiepski wybór pubów, nie spotkało nas nic niemiłego. Szczególnie polecamy wszystkim nasz Colors Hostel, w samym centrum miasta- znajdziecie tam nocleg ze śniadaniem za 25 zł. Czego z kolei nie polecamy, to wymieniona w każdym przewodniku tradycyjna węgierska knajpa Frici Papa – dostaliśmy zimną, nędzną porcyjkę gulaszu, który musieliśmy popijać podrabianą Colą.

Następnego dnia udaliśmy się na dworzec autobusowy (zajęło nam to parę godzin bo jak zwykle zgubiliśmy się 5 razy) i pojechaliśmy w stronę Egeru. To miasteczko znane jest przede wszystkim z wina i z małych, wykutych w tufie wulkanicznym piwniczek.

Po rozbiciu naszego miniaturowego namiociku na campingu Tulipan udaliśmy się na podbój Egeru. Mijając piwniczki z winami poszliśmy spacerkiem do Doliny Pięknej Pani. To piękne miejsce jest dość dużym parkiem otoczonym kilkunastoma piwniczkami z winem. Niektóre z nich ewoluowały w całkiem luksusowe lokale. Wieczorem w parku co parę metrów można napotkać palenisko, na którym miejscowi gotują węgierskie gulasze. Z zamiarem zakupienia jednego podeszliśmy do grupy ludzi, którzy bez pytania posadzili nas na ławkach, wręczyli każdemu po pełnej misce parującego gulaszu i polali Palinkę (to taka mocna, niebezpieczna węgierska nalewka). Po chwili zorientowaliśmy się, że to wcale nie są uliczni sprzedawcy, tylko prywatna imprezka grupy znajomych, więc, zszokowani, zaczęliśmy dziękować i przepraszać. W odpowiedzi dostaliśmy tylko więcej Palinki.

Palinka, szczególnie ta domowa, należy do alkoholi, które nazywam groźnymi. Po zmieszaniu takowej z Egerskim winem może być już naprawdę niebezpiecznie. Myślę, że nasze polskie, przyzwyczajone do czystej wódki głowy nie przyjęły tego wszystkiego najlepiej, mimo to wieczór wspominam jako bardzo sympatyczny 🙂

img_2054
piwniczki z winem w Egerze
img_2053
img_2003

 

Następnego ranka, po zjedzeniu pożywnych brzoskwiń z puszki na śniadanie poszliśmy na baseny, roboczo nazywane przez nas „hajduszoboszlo”. „Eger Termal” położone są na przedmieściach w otoczeniu ładnego parku. Pogoda tym razem nam nie do końca dopisała, więc ulokowaliśmy się w gorących źródłach gdzie, obgadując ludzi i obczajając laski, spędziliśmy bardzo miłe przedpołudnie.

img_2848
img_2846
img_2856

Po kąpieli pospacerowaliśmy na starówkę, wyszliśmy na ruiny XIII-wiecznego zamku (szału nie robił) i zjedliśmy sobie pizzę (po całym dniu łażenia zdecydowanie robiła szał).

Nie umiem obiektywnie powiedzieć, czy Eger warto zobaczyć, bo specjalnie dużo do zobaczenia tam nie ma. Nam się podobało, inna sprawa, że nam się wszędzie podoba 🙂

img_2982

img_2943
to ja 🙂

img_2947

img_2923

img_2917

Po tych intensywnych czterech dniach byliśmy już naprawdę bardzo zmęczeni. Piątego dnia zapakowaliśmy plecaki i udaliśmy się do Krakowa, przez Koszyce i Chyżne. Najdłużej utknęliśmy już po ciemku na stacji przy polskiej granicy. Pani, która jako ostatnia wzięła nas do Krakowa jako poliglotka wyjaśniła nam, że jest znacząca różnica między „egeszsegere” i „egeszsegedre” po węgiersku. Jedno z nich znaczy „Na zdrowie” a drugie znaczy coś wulgarnego i nie byliśmy pewni, którego „ege” w końcu używaliśmy, ale mówi się trudno.  I tak było super 🙂

img_1697

Maj 2015

Dodaj komentarz