Fuertaventura – wietrzna wyspa

20130826102

Fuertaventura, wyspa kóz i wiewiórek, to pierwsza z Wysp Kanaryjskich, jaką odwiedziłam. Tam zaczęła się moja sympatia do tych wulkanicznych krain, pełnych wspaniałych ludzi, kosmicznych widoków i, jak zwykle, piachu.

Na wyspie spędziłam tydzień w 2013 roku, pierwszy raz stanęłam tam na desce surfingowej i przeżyłam pierwsze ślizgi na białej wodzie. Nie wychodziłam z oceanu przez 3 godziny, a następnego dnia nie byłam w stanie wstać z łóżka. Niezapomniane wrażenia 🙂

Pomysł na wyjazd rzucili moi rodzice, którzy byli na Fuercie już jakiś czas i zadzwonili do mnie, czy nie miałabym przypadkiem ochoty odwiedzić ich na tydzień. Siedziałam wtedy na Helu nie robiąc niczego konkretnego, więc, niewiele myśląc, wzięłam torbę i pojechałam na gdańskie lotnisko. Późnym wieczorem byłam już na wyspie, która powitała mnie przyjemnym, ciepłym wiaterkiem. W nocy nic nie było widać, więc pierwszy raz wyjrzałam za okno rano. Widok powalał na kolana.

dsc06974

Co pierwsze rzuciło mi się w oczy, gdy wyszłam z hotelu? To, że w gruncie rzeczy nie ma tam nic 🙂 Piaskowe wydmy, skały, pojedyncze górki i mnóstwo wiewiórek, które nie wiadomo skąd się wzięły. Krajobraz jak z innej planety. Mieszkaliśmy w hotelu na skarpie w okolicy Costa Calma. Wszędzie daleko, a dojazd kiepski, szczególnie, że w wypożyczonym aucie ktoś wybił nam szybę.

(To była duża lekcja na przyszłość – zawsze warto zapłacić droższą wersję ubezpieczenia, żeby potem nie płacić grubych pieniędzy w razie podobnego wypadku. Co niestety zdarzyło się nam )

Miejsce na nocleg wybieraliśmy ze względu na bliskość słynnego spotu kite’owego i windsurfingowego. Playa Sotavento, o której pisałam w poprzednim wpisie to ogromna, 12-kilometrowa połać piasku, z której codziennie, w czasie przypływów tworzy się laguna. Wieje dobrze niemal przez cały rok. Na Fuercie organizowane są nawet puchary świata w wind- i kitesurfingu, więc miejsce do nauki jest pierwszej jakości. Tam spędzaliśmy najwięcej czasu na naszym wyjeździe. Jeśli chodzi o mnie, w taki lazur jak tam mogłabym się wpatrywać godzinami.

dsc07117

dsc07110

dsc07050

dsc07020

dsc06973

Na wyspie poznaliśmy również Polkę, Wiktorię, zawodową kitesurferkę, która mieszkała na Fuercie na stałe, ucząc kite’a takich zielonych jak my. Pewnego wieczoru zapytała nas luźno, czy nie mielibyśmy ochoty spróbować surfingu…Do tej pory myślałam, że sport ten jest zarezerwowany dla mieszkających na Hawajach umięśnionych blondynów i ich pięknych koleżanek i nie spodziewałam się, że mogę po prostu iść i zacząć. Oczywiście ja i moja siostra zgodziłyśmy się od razu. Następnego dnia pojechałyśmy z Wiktorią po sprzęt i udałyśmy się na drugą stronę wyspy, do La Pared, gdzie wyrzeźbionymi w skale schodkami zeszłyśmy z deskami nad ocean. Niestety nie mam zbyt dużo zdjęć tamtego spotu, a trochę szkoda, bo z tego co pamiętam było to bardzo ładne miejsce, z czarnymi klifami i białym piaskiem.

Wiktoria pokazała nam pierwsze surfingowe kroki, ze szczególnym podkreśleniem zasłaniania głowy rękami w razie wpadnięcia do wody. Niedługo potem przekonałyśmy się, że rady te nie są wyssane z palca…Pierwsze chwile na desce to prawdziwa męczarnia. Ilość nabitych guzów, litrów wypitej słonej wody, siniaków, zadrapań i skurczów zupełnie nieużywanych dotąd mięśni była nie do zliczenia. Jednak chwila, w której pierwszy raz złapałam małą falkę i chwiejnie wyspindrałam się na deskę, była jak dotąd jedną z najpiękniejszych chwil w całym moim życiu i od tego czasu kompletnie zakochałam się w tym sporcie.

Jak pisałam wcześniej, nie wychodziłam z wody przez bite 3 godziny. Z następnego dnia pamiętam tylko to, że obudziłam się w mięciutkim łóżku i miłej pościeli, uśmiechnęłam się do siebie z zadowolenia nad pięknem wszechświata i spróbowałam wstać…z moich ust wydobył się tylko przeciągły jęk. W życiu nie miałam takich zakwasów jak wtedy, z tego co pamiętam utrzymywały się do końca wyjazdu… 🙂

dsc07241

dsc07250

dsc07259

dsc07255

Na Fuercie warto mieć samochód, ponieważ spacer po spalonej słońcem wyspie bez skrawka cienia może nie być przyjemny. Dzięki naszemu Nissanowi z wybitą szybą, siedząc na kawałkach szkła, jako tako objechaliśmy Fuertaventurę, ” z grubsza” oglądając widok za oknami.

dsc07280

dsc07103

dsc07102

dsc07092

dsc07087

dsc07076

dsc07003

dsc07000

20130901170

 

Fuertaventura, mimo swojego surowego klimatu, jest pełna życia. Spotkaliśmy mnóstwo nietypowych żyjątek, nie mówię tu tylko o wspomnianych wiewiórkach, lub kozach, które są symbolem wyspy.

dsc07301

dsc07302

dsc07230

dsc07160

dsc07157

dsc07124

dsc07121

dsc07120

dsc07101

20130829147

Samolot na Fuertaventurę najłatwiej znaleźć dzięki dobroczynności Ryanaira. Czasami można trafić na naprawdę tanie bilety. Wadą tego rozwiązania jest to, że w dobrej cenie podróżujemy tylko z bagażem podręcznym, więc jeśli jesteś wielbicielem sportów wodnych, nie jest to dobra opcja. Ceny wypożyczania sprzętu na wyspie są niestety bardzo wysokie (oprócz surfingu! W tym przypadku ceny śmiesznie niskie). Innym rozwiązaniem są czartery, które często latają w dobrych cenach na wyspy. Wszystko zależy od Twojej cierpliwości i talentu do wyszukiwania okazji 🙂

Ceny życia na wyspie są niewysokie, wypożyczenie samochodu można załatwić już od 7-10 euro. Zakupy najlepiej robić w sieci Mercadona lub Superdino…chociaż nam bardzo podobało się na Marokańskim targu niedzielnym 🙂

 Jak wszędzie na Kanarach, ludzie są wspaniali i do rany przyłóż, wyjazd zapamiętałam jako bardzo udany. Nie prowadziłam co prawda jeszcze wtedy Trawelejro, jednak planuję tam wrócić jak najszybciej i uzupełnić relację o bardziej szczegółowe info.

Jak zwykle, można pytać o wszystko, na pytania odpowiem jak umiem najlepiej 🙂

Troszkę zdjęć na koniec…

dsc07353

20130901173

20130901169
mała trąbka powietrzna

20130831151

20130828140

20130827117

20130826102

20130826098

20130826095

P.S. większość zdjęć w tym poście jest autorstwa mojego Taty, któremu bardzo dziękuję za ich udostępnienie 🙂

Sierpień 2014

Dodaj komentarz