Gran Canaria

img_2705

Dopiero wróciliśmy, jesteśmy brudni jak nieboskie stworzenia i prysznic w domu nie pomógł wcale rozpuścić tej skorupy z pyłu, piachu i soli z mojego ciała także chyba muszą mnie doszorować domestosem. Ciężkie jest życie nomada.

Było SUPER!

Ale od początku:

Zaczęliśmy od wylotu do Bergamo. Ja coś jednak nie mam szczęścia co do tego miasteczka. Wkurzyło mnie drugi raz w ciągu 4 miesięcy. Plan był taki, że zostawiamy walizki na lotnisku, wsiadamy w autobus i jedziemy obejrzeć starówkę, wracając z powrotem ostatnim autobusem o 24:00. Na początku okazało się, że przechowalnia bagażu jest nieczynna. Mieliśmy do wyboru albo zostać kilkanaście godzin na lotnisku i się nudzić, albo iść zwiedzać z bagażami.

Gdy wyszliśmy z autobusu okazało się, że mieliśmy mały dysonans informacyjny- ten sam autobus był również ostatnim w tamtym dniu autobusem do lotniska. Zostaliśmy na przystanku z bardzo głupimi minami i perspektywą spaceru 20 km z bagażami, z których jedno właśnie straciło kółko.

Udawałam, że to wszystko mnie nie martwi i że jakoś to będzie, po czym zaproponowałam spacer po starówce na odstresowanie, który skończył się kolejnym zgubieniem, zmęczeniem i jeszcze większym zestresowaniem. W końcu przestałam udawać, że jest wszystko dobrze i powlekliśmy się do centrum miasta u stóp góry w grobowych nastrojach, bez wody, jedzenia i jednego kółka od walizki.

Na całe szczęście miejsce, do którego udajemy się zawsze w sytuacji zagrożenia, stresu czy złego humoru – McDonald – było otwarte. Udało nam się znaleźć nocny autobus na lotnisko, obyło się więc bez większych przygód. Ale do Bergamo już się nie wybieram. Na zdjęciach niby wygląda spoko, ale nie dajcie się zwieść tym łagodnym krajobrazom i pięknym widokom – w tym mieście czai się zło.

 

shgipdg

hovgui

asg

cgh

 

Po superkomfortowej nocy na podłodze lotniska wsiedliśmy w samolot i po paru godzinach wyszliśmy po schodkach na płytę lotniska na wietrznej Gran Canarii. Autobusem linii Global dojechaliśmy prosto do centrum Las Palmas, gdzie potoczyliśmy się do naszego hostelu, Lua Lua, w centrum dzielnicy Santa Catalina, 5 min na piechotę od oceanu.

Tu od pierwszej chwili spotykały nas same przyjemności. Po 1. – temperatura. Ciepło, ale nie za gorąco, bo chłodził nas przyjemny wiaterek. Po 2.- ludzie, którzy na Gran Canarii są wręcz nieprzyzwoicie mili. Widząc dwoje obładowanych turystów, którzy z przekrzywionymi głowami kręcą mapą, podchodzą i sami oferują pomoc. I to nie w stylu arabskim (czyli uprzejma pomoc poprzedzająca wyciągnięcie ręki po należne 10 euro myfriend), tylko autentycznie bezinteresownym. Mało kto mówi tu po angielsku, jednak my jakimś tajnym sposobem, nie znając słowa po hiszpańsku, z każdym bez problemu się dogadaliśmy.

Poszukując biura, które miało wydać nam pozwolenia na darmowe campingi (o tym potem) zwiedziliśmy dwie stare dzielnice Las Palmas- Veguete i Triane.

 

jko

 

Katedra Św. Anny

 

hjvhu
Najbrzydszy pies świata. Niestety przy robieniu zdjęcia temu biedakowi przyszedł jego właściciel, który, jak się okazało, miał identyczny rozkład oczu

 

Nasz dalszy pobyt w Las Palmas minął nam na samych przyjemnościach- pogaduchy z ludźmi z hostelu, kąpiel w morzu, opalanko, jedzenie i spanie 🙂 Mimo, że było nam bardzo leniwie i fajnie, po dwóch dniach trzeba było ruszać w drogę. Odebraliśmy z lotniska naszą wypasioną furę (nowiutki Citroen C3) i wyruszyliśmy w drogę.

Wracając z lotniska w stronę Las Palmas odbiliśmy w stronę środka wyspy. Podczas jazdy krętymi dróżkami minęliśmy kilka ciekawych miejscowości ze ślicznymi, białymi domkami, m.in. Santa Brygida i San Mateo. Przed nami były wielkie góry, a po naszej prawej przepaść; w dole rosła bujna roślinność, palmy i kaktusy. To wyglądało trochę tak, jakby wyspa nie umiała się zdecydować, czy jest bardziej pustynna, czy bardziej zielona. Niestety pierwszy dzień podróży po tych wszystkich zakrętach nie został przeze mnie dobrze zapamiętany, ponieważ większość czasu spędziłam z głową w worku foliowym… Wadą tych serpentyn (oprócz powodowania choroby lokomocyjnej) jest to, że podróż ciągnie się naprawdę długo. Mimo to cały czas jest co oglądać i wysokości przyprawiają o zawrót głowy. Dopiero wieczorem jako tako zaczęłam stawać na nogi, a widoki zaczęły być już przesadnie ładne. Tu wrzucę Wam parę zdjęć, na których widać, jak krajobraz zmienia się podczas 2 godzin drogi po wyspie.

 

6

 

5-1

 

2

 

4-1

 

3

 

 

3-1

 

Po długiej drodze i kilkunastu przerwach na wymiotowanie dojechaliśmy w końcu na nasz camping (Llanos de la Mimbre koło Tamanbady). Było to po prostu duże pole w środku sosnowego lasu, z kranem z wodą i tylko jednym namiotem oprócz nas. W oddali było widać kawałek oceanu, więc podeszliśmy bliżej, żeby zobaczyć widoki i wtedy z naszych ust wydobyło się jednogłośne, w pełni właściwie użyte i należne do sytuacji brzydkie słowo 🙂

img_2536
dobre miejsce na kolacyjke
img_2538
img_2529
img_2459
img_2457

Zjedliśmy uroczystą kolację na karimacie z widokiem na Teide, wulkan na Teneryfie, pooglądaliśmy trochę rozgwieżdżonego nieba i poszliśmy spać, co nie było takie znowu przyjemne z tymi wszystkimi skałami pod sobą, ale czego to człowiek nie zrobi, żeby móc opowiadać o spaniu w TAKIM miejscu.

Następnego dnia przeprawiliśmy się na północ wyspy, przejeżdżając przez Galdar i ładne Puerto de Sardina. Cały czas zaparcie szukaliśmy jakiegoś fajnego surfspotu, ale na północy widzieliśmy tylko wielkie fale rozbijające się z hukiem o piekielnie ostre skały i kamienie wyrzucane na brzeg wraz częściami ciała śmiałków, którzy odważyli się rzucić wyzwanie Neptunowi i popłynąć w groźną toń. Podziękowaliśmy więc surfowaniu na północy i postanowiliśmy szukać dalej.

 

asf

 

jffff

 

img_2463

 

Wieczorem zaczęliśmy szukać naszego drugiego campingu – Presa de las Ninas, koło górskiego jeziorka. To miejsce było naprawdę super, położone w małej dolince, a więc osłonięte od wiatru, pełne miejsc na grilla i małych kamiennych kraników z wodą; troszkę bardziej ucywilizowane niż nasz pierwszy nocleg. Spodobało nam się na tyle, że spędziliśmy tam aż cztery noce. Żywiliśmy się mięskiem z grilla i popijaliśmy piwko przy świetle księżyca (był tak jasny, że można było czytać).

 

img_2559

 

Codziennie wsiadaliśmy w auto i jechaliśmy na południe, koło Puerto Rico, a stamtąd w jakąś nieznaną nam jeszcze część wyspy. Po trzech dniach wyspa była już zwiedzona wzdłuż i wszerz, a my byliśmy już bardzo źli, bo nie doświadczyliśmy jeszcze surfowania. Zostało nam tylko 6 dni, wobec tego zdecydowaliśmy się wrócić do Las Palmas i tam wreszcie zaczęliśmy łapać jakieś fale 🙂

 

ssfa

 

vjg

 

img_2683

 

hc

 

cihk

 

 Pewnego pięknego dnia popłynęliśmy też na rejs statkiem w celu oglądania lokalnej fauny. Widzieliśmy latające ryby, delfiny i wieloryby!!! Nawet dzięki miejscowemu aviomarinovi udało mi się uniknąć choroby morskiej (niestety nie mogę powiedzieć tego samego o połowie pasażerów, biedacy zrobili rybkom Boże Narodzenie). Ale byliśmy bardzo zadowoleni. Rejs kosztował 25 euro, trwał 3 godziny, a w cenie były darmowe napoje, oglądanie zwierzaków, wykład o ssakach morskich i godzinna kąpiel w ślicznej zatoczce.

 

hvdfghj

 

asge

 

Ostatnie dni spędziliśmy znowu w naszym hostelu, ponieważ pewnego dnia zdaliśmy sobie sprawę, że nie braliśmy prysznica od 5 dni, a nasz jedyny kontakt z wodą to ten w oceanie, plus spłukiwanie soli wodą z butelki. Poza tym jakoś tak miło nam się zrobiło na wieść o miękkim łóżku po kilku dniach spania na skałach. Dalej jednak jeździliśmy po wyspie. Byliśmy w Pozo Izquierdo, które jest mekką windsurferów i oglądaliśmy największe gwiazdy tego sportu podczas treningów. Tydzień po naszym wyjeździe odbywał się tam puchar świata PWA, a nam dane było nawet spotkać przyszłego wicemistrza, Victora Fernandeza, w Carrefourze.

Oprócz tego spędzaliśmy trochę czasu na plaży w Las Palmas, która, mimo tego, że jest w środku miasta i nazywa się PROMENADA oraz jest pełna ludzi, mile nas zaskoczyła. Ocean tętni tam życiem i jest bardzo czyściutki, a nam udało się zobaczyć parę ciekawych żyjątek.

gopr4006

gopr4047

gopr4045

gopr4042

gopr4033

gopr4026

gopr4016

gopr4063

Gran Canaria zaskoczyła nas pod wieloma względami:

-ceny (niewysokie jak na euro, a dużo rzeczy mieliśmy w ogóle za darmo. Nie ma tak, że wszędzie stoją dzidki zbierające opłaty. Większość publicznych toalet, prysznice na plaży itp były darmowe)

-ludzie (jak już wspominałam bardzo, ale to bardzo mili :))

-tanie zimne piwko

-tanie paliwo! Na tej malutkiej wyspie zrobiliśmy autem około 1300km, a Diesel kosztował nas w sumie 50 euro.

-pogoda (dzięki wiatrowi nie umiera się z gorąca jak to bywa w ciepłych krajach)

-cudowne widoki

-wszystkie drzwi otwierają się do środka (najbardziej wkurzająca rzecz na wyspie)

-nie musisz znać języków żeby dogadać się z KAŻDYM.

-na Gran Canarii większość mieszkańców ma psy, ale są one nie większe od przeciętnego szczura, więc tak jakby się nie liczą.

Co do darmowych campingów – na wyspie jest och 15, bardzo ciężko je znaleźć na mapie, a potem do nich trafić i mało o nich pisze w Internecie. Wydaje mi się, że jest to ochrona przed napływem turystów. Mimo wszystko były to piękne miejsca, odizolowane od świata i nietypowe, ale naprawdę warte zobaczenia. Biuro campingowe (Cabildo de Gran Canaria, calle Bravo Murillo 23) mieści się w centrum Las Palmas, trzeba tam po prostu iść, pokazać swój dowód i napisać kiedy i na ile, na jakich campingach się zostaje. Od ręki otrzymuje się pozwolenie, które w razie czego trzeba pokazać strażnikowi (my nie mieliśmy okazji).

Wszystkie campingi mam w PDF, w razie czego chętnie pomogę 🙂

Ostatniej nocy w hostelu trafiliśmy na ucztę pożegnalną jednej z dziewczyn, najedliśmy się do syta, a potem poszliśmy pływać nocą w oceanie i niestety to było na tyle:( Następnego dnia polecieliśmy do Polski, gdzie w Modlinie na powitanie zaatakowała nas armia komarów.

kjg

img_2728

img_2705

img_2701

img_2694
dostępne na plaży w Las Palmas buły z ośmiornicą w cenie 2e, polecam!
7
duża, żebrająca pomidorki jaszczurka
6-1
treningi w Pozo

5-2

4-2
opuszczony aquapark w Puerto Rico

2-1

1

przelot: 700zł w 2 str

auto: około 20E dziennie (chyba, że będziecie mądrzejsi od nas i nie zostawicie sobie załatwiania na ostatnią chwilę). Diesel około 0,96E/l

jedzenie: jak w Polsce

nocleg w hostelu: około 10E

 

 

Czerwiec 2015

Dodaj komentarz