Lanzarote

img_3491

Nowa wyprawa za mną, tym razem na koniec wakacji złapaliśmy fajne last minute z Rainbowtours…dla odmiany na Wyspy Kanaryjskie:) Z dnia na dzień musieliśmy się spakować, zorganizować i pozałatwiać wszystkie rzeczy, na które zwykle przeznaczam jakiś tydzień, ale daliśmy rade 🙂 I okazało się to doskonałym zwieńczeniem wakacji, a teraz wszyscy biorą mnie za imigranta, bo jestem tak opalona.

Zaczęło się od schodów, bo, mimo, że było już poza sezonem, bardzo ciężko znaleźć przez Internet z dnia na dzień jakieś miejsce do spania na Lanzarote. 

Lecieliśmy liniami Enter Air, które zatrudniają NAPRAWDĘ ładne stewardessy. Na miejscu wypożyczyliśmy auto z firmy Cabrera Medina, którą bardzo polecam. Formalności załatwiliśmy jeszcze w Pl, a na miejscu dostaliśmy fajną furkę (za 15 euro dziennie), bez żadnych problemów i bez kart kredytowych. Ulokowaliśmy się w małym miasteczku Punta Mujeres na południowym wschodzie wyspy, tuż nad oceanem. Pierwszy wieczór spędziliśmy na szukaniu otwartej knajpki w pobliskiej Ariecie…jedyny otwarty lokal to pizzeria o wdzięcznej nazwie PIZZERIA LA ARTRESANA, której nie polecamy z całego serca 🙂 Zapłaciliśmy po 7 euro za najohydniejszą pizzę na świecie (autentycznie dotąd myślałam, że „niedobra pizza” to oksymoron) a potem zostaliśmy wyrzuceni za niezamawianie napojów. Wieczór za to skończył się superowym świętowaniem moich 22. urodzin na plaży 🙂

Drugiego dnia postanowiliśmy obejrzeć kawałek wyspy. Skończyło się tak, że niechcący zobaczyliśmy ją w całości. Najpierw pojechaliśmy na plaże Papagaya na zachodnim końcu wyspy, gdzie pływaliśmy w oceanie z maskami, opalaliśmy się i spalilaliśmy na wiór. Papagaya to lazurowa woda, złoty piasek, kolorowe rybki i 50 stopni bez grama cienia. Plus fajny widok na Fuertę gratis (Bo wjazd niestety kosztował 3 euro). Podwodne widoki nie do opisania…

1

2

12047776_1077138458965649_1289547540_n

gopr4430

gopr4451

gopr4860

gopr4849

img_3426
widok na Fuertaventurę

img_3421
Johnnie Walker

img_1487
w poszukiwaniu cienia 🙂

Naszym następnym przystankiem było Salinas De Janubio – kolorowa szachownica utworzona z pól solankowych. Z góry, na punkcie widokowym przy drodze LZ-2 wyglada całkiem nieźle, ale mimo wszystko mogliśmy się pierwszy raz przekonać, że zdjęcia w przewodnikach po Lanzarote są mocno filtrowane. Dookoła możecie podziwiać typowy lanzarociański widok, czyli, w dużym skrócie, kupę wulkanicznych kamieni.

Wulkan wybuchł tam ostatnio w 1820 roku, a przedtem, w 1730 zalał większość część wyspy potokami lawy, stąd księżycowy krajobraz na wyspie.

 

img_3491

Następnie udaliśmy się dalej na wschód w stronę Los Hervideros – muszę przyznać, że to było całkiem badass ! Tam, gdzie lawa spływała do morza utworzyły się ogromne klify i groty, o które fale rozbijały się przy pełnej prędkości. Między łukami skalnymi i grotami porobiono takie fajne korytarze, dzięki którym naturalne show można było oglądać z różnej perspektywy. 

 

img_3466
img_3460
img_1177

Następny krok to nr 1 w przewodnikach po Lanzarote – Charco de los Clicos, koło wioski El Golfo, czyli słynne zielone jeziorko. Wbrew temu, co ukazują kolorowe zdjęcia w  przewodnikach, jeziorko nie różni się kolorem od klasycznej, krakowskiej kałuży.

img_3467

Pojechaliśmy dalej na wschód i koło miasteczka Yaiza skręciliśmy na drogę LZ-67, która prowadzi w stronę Famary przez czarny, surowy, wulkaniczny krajobraz. Oprócz kilku malutkich, białych miasteczek nie spotkaliśmy niczego ciekawego. Caleta de Famara spowodowała za to spodziewany opad szczeny 🙂

 

img_3508
img_3485
img_3483
gopr4529
Piękna Famara okazała się rajem surfingowym. Woda w oceanie była bardzo ciepła (niektórzy towarzysze podróży narzekali bez ustanku na to, że jest zbyt słona, ale spuścimy na to zasłonę milczenia), fale nie za duże i nie za małe, niskie ceny wypożyczenia sprzętu (7e za dzień) i bardzo mili pracownicy szkółek, z których niektórzy znali polskie zwroty (dżendobri), a inni wspaniale przeklinali (madafaka!). Na plaży nie ma pryszniców, więc, jeżeli macie auto, polecam zaopatrzyć się w duże baniaki z kranówą, żeby nie zasolić pożyczonego wehikułu. Jeszcze jedna sprawa spędzała mi sen z powiek i długo wahałam się, czy zniżyć się do pisania o tym na moim jakże eleganckim blogu. Otóż wybierającym się na Famarę polecam załatwić sobie…parawanik 🙂 Albo coś o podobnym zastosowaniu. Jeżeli traficie na wietrzny dzień na plaży, trafi Was SZLAG. Tak jak mnie, pewnego razu. Drobny piasek niesiony przez mocny wiatr ma tendencje wchodzenia wszędzie, ale to naprawdę wszędzie. Pomijam dyskomfort związany z piaskiem w gaciach, najgorsze jest to, że naprawdę nie można niczego przegryźć, chyba, że obligatoryjny dźwięk piasku zgrzytającego w zębach nie jest w stanie zepsuć Ci humoru na resztę dnia. Gdy w desperacji przenieśliśmy się na suchy piasek, oblazły nas pchły piaskowe. Także sami rozumiecie, sprawa jest poważna!
gopr4896
gopr4902
gopr4893

gopr4906
profesjonalny transport sprzętu

W następnych dniach na zmianę plażowalismy i surfowaliśmy, panowało zatem błogie lenistwo 🙂 Wyspa, jak pisałam, nie jest duża, ale warto opowiedzieć jeszcze o paru miejscach.

Pierwsze z nich to stolica wyspy, Arrecife. Nie polecamy, nic ciekawego 🙂

Za to miejsce warte zobaczenia to Mirador del Rio, punkt widokowy na wschodnim końcu wyspy, położony za Orzolą. Kręta droga prowadzi do parkingu i płatnego punktu widokowego. Parę metrów dalej znajduje się punkt z takim samym widokiem, z tym, że darmowy. Co do samego widoku- ŚWIETNY! Z wielkiego klifu widać jak na dłoni wyspę La Graciosa.

 

img_3531

 

img_3525

 

img_3522

 

Bardzo podobał nam się bazar w Costa Teguise, na którym dzieje się w środy i piątki wieczorami. Można tam kupić różne głupotki, dobrze zjeść i napić się piwka przy dźwiękach lokalnego Santany. Z początku ceny nas przeraziły, ale jakimś cudem wypatrzyliśmy nieco schowaną knajpkę na placu targowym, o nazwie „El Pescador”, która uratowała dobre imię lanzarociańskiej kuchni, dzięki niskim cenom, wspaniałym jedzeniu i uroczej obsłudze.

 

gopr4463
nasz mały sąsiad- jedna z niewielu żywych istot napotkanych w Punta Mujeres

A teraz kulminacyjny punkt programu, czyli WULKAN! Postanowiliśmy zaszaleć i pojechaliśmy do Parku Narodowego Timanfaya. Dlaczego zaszaleć? Otóż jesteśmy studentami, a wejście kosztuje 9 euro. Ale mniejsza. Wjazd do parku znajduje się przy drodze LZ-67. Łatwo tam dotrzeć. Po zakupieniu skrawka papieru za 39 zł, wjeżdżamy na górę, parkujemy auto na publicznym parkingu i idziemy oglądać tą ognistą okolicę. Widok jak z księżyca. Idąc owczym pędem trafiamy na pokaz – pracownik parku wrzuca do dziury w ziemi krzaczek. Krzaczek leży chwilę na skalnej półce i nagle staje w płomieniach. Tłum ludzi robi pożądane w podobnych sytuacjach „Uuuuu”.

Tłumek przesuwa się nieco dalej, gdzie inny pracownik parku wlewa wodę z wiadra do rurek wystajacych z ziemi. Sekunda ciszy i…wybucha gejzer! Widzieliśmy jeszcze, jak pracownicy pobliskiej restauracji smażą swoje dania na naturalnym grillu, a ja uznałam, że to dobre miejsce na obowiązkową fotkę z browarem.

Park Timanfaya jest naprawdę warty zobaczenia, szczególnie, że w cenie biletu jest przejazd po parku autobusem, o czym niestety nie wiedzieliśmy. Opuściliśmy wulkan po jakichś 10 minutach, zorientowaliśmy się po 15…

img_3560

img_3558

img_3554

img_3547

img_1461

Co warto zobaczyć na Lanzarote? Przede wszystkim Park Narodowy Timanfaya i plaże Papagaya (wjazd – 3 euro), oraz Los Hervideros przy dużych falach. Resztę czasu można spędzić włócząc się, szczególnie w tym celu polecam północny wschód wyspy 🙂

 Koniecznie trzeba wypożyczyć samochód, ponieważ komunikacja autobusowa w teorii istnieje, ale widzieliśmy może 3 przystanki i ani jednego autobusu. Ceny wypożyczenia samochodu na lotnisku zaczynają się od 15 euro za dzień, w Cabrera Medina załatwiliśmy sprawę jeszcze z Krakowa i nie prosili nas o karty kredytowe, auto w fajnym stanie i miła obsługa.

Jeśli chodzi o spanie na wyspie, lokalesy twierdzą, że najlepiej szukać na miejscu. Może to i racja, bo w Internecie nie znaleźliśmy niczego zachwycającego. W każdym razie, według słów gościa z surf- shopu, np w Famarze można było wynająć apartament za 30 euro za noc. My jednak pojechaliśmy tylko na tydzień i nie chcieliśmy ryzykować straty 3 dni na szukanie noclegu.

 I na koniec trochę zdjęć 🙂
img_3577
img_3565
img_3563
img_3561
img_3538
img_3535
img_3516
img_3505
img_3474

Ile kosztowała nas przyjemność pobytu na Lanzarote?

przelot w 2 strony czarterem- około 500zł (z 20 kg limitem bagażu) – mogło być taniej, ale nie ma tragedii 🙂

Wypożyczenie auta- 15 euro/ dzień

Spanie w wynajętym domu – ok 350zl/os/ tydzień. (Podobno na Lanzarote można znaleźć darmowe campingi, jednak oprócz piasku na plaży nie stąpałam na wyspie po niczym miękkim, więc wydaje mi się to raczej kiepski pomysł)

Jedzenie – trochę drożej, niż na Gran Canarii, czyli trochę drożej niż w Polsce.

Na koniec podziękowania dla wspaniałej ekipy, szczególnie dla Zosi- kilka zdjęć w notce jest Jej autorstwa 🙂

Wrzesień 2015

Dodaj komentarz