Maroko i Sahara Zachodnia: wizyta numer 1

img_0233

Dzisiaj opowiem Wam o mojej przygodzie z Marokiem. Trafiłam tam troszkę „niechcący”, dzięki uprzejmości moich kochanych rodziców, którzy zaryzykowali dwutygodniowe wakacje z okropną córką, która na wszystko narzeka. W każdym razie, pewnej zimowej, styczniowej niedzieli moja Mama, najlepszy poszukiwacz okazji podróżniczych jakiego zrodziła Matka Ziemia, przyszła do mnie z propozycją nie do odrzucenia: jedziemy do Maroka!

Pierwsze skojarzenie nie było atrakcyjne: turyści i piasek… ale pomyślałam, że zawsze to lepiej niż siedzieć w domu przed serialami.

Muszę przyznać, że przeżyłam superpozytywne zaskoczenie.

Ale od początku:

Podróż zaczęliśmy dobową przesiadką we włoskim Bergamo. Nie był to jeszcze moment, w którym byłam do końca przekonana o tej całej wyprawie. Pojemność mojej walizki ze względu na limity bagażu w tanich liniach była dość mocno ograniczona, wobec tego zdecydowałam się na letnie ciuchy i jeden nędzny softszel. Chwała Bogu, że Polska pogoda zmusiła mnie do zabrania rękawiczek i szalika. Bergamo przywitało nas ujemną temperaturą i zaspami śnieżnymi. Poczułam się oszukana 🙁

Lekcja nr 1zawsze poczytaj co nieco o miejscu, do którego lecisz. Cokolwiek. Bo inaczej spotkasz się z pełnym politowania spojrzeniem towarzyszy podróży, którzy utrzymują, że na pewno wspominali o tym, że Bergamo leży u stóp Alp.

Bergamo może i jest ładne i ciekawe, ja jednak zapamiętałam tylko potworny ból zatok, odmarznięte stópki i pozamykane w potrzebie pizzerie.

img_0028
Bergamo- kraina lodu

 

Zamarznięta i nieszczęśliwa, tęskniąc za moim ciepłym kocykiem i laptopem udałam się następnego dnia na lotnisko.W samolocie spotkałam się z kilkoma nowymi doświadczeniami: po pierwsze, Marokańczycy zdecydowanie nie umieją się zachować na pokładzie. Steward swoje, oni swoje. W końcu biedaczyna wzrusza ramionami i zaprzestaje prób przekrzykiwania grupy zajętych sobą i wrzeszczących po arabsku mężczyzn i kontynuuje obowiązkowy pokaz licząc na to, że nikomu się dzisiaj nie przyda. Po drugie – nie tylko Polacy klaszczą po wylądowaniu. Marokańczycy klaszczą głośniej. I wiwatują.

Na lotnisku, po odbębnieniu obowiązkowej kontroli paszportów, wiz i różnych takich, czekała nas jeszcze walka o taksówkę – chłopaki obskoczyli nas niczym krakowskie gołębie i prześcigali się w wykrzykiwaniu peanów na cześć swojej najpiękniejszej fury i najniższej ceny. Zapakowano naszą piątkę do żółtego Mercedesa (szóstkę z kierowcą), w którym upchano oprócz tego wszystkie walizki i 2 wielkie qiuvery ze sprzętem do kite’a. Nie wiem jak, nie pytajcie.

Przynajmniej humor był już poprawiony, a ciepłe powietrze pomogło na obolałe zatoki.

Droga do hotelu w Marrakeszu przypomniała mi, dlaczego wybrałam spokojny i pozbawiony niebezpieczeństw tryb życia. Klasykiem jest tu samochód wypełniony do granic możliwości, piesi między autami, trąbienie bez powodu, po 3 sztuki na jednym pasie, skuterki wyjeżdżające znienacka przed koła. Pan taksówkarz czuł się na jezdni jak ryba w wodzie, a nasze blade twarze przyprawiały go o wybuchy śmiechu. Otóż w Maroku przepisy to tylko takie wskazówki. Następnego dnia, wypożyczonym samochodem mieliśmy przejechać w tych warunkach 1400 km i nie bardzo wiedzieliśmy jak to zrobić.

Marrakesz warto zobaczyć, ale nie wiem czy da się wytrzymać dłużej niż dzień, dwa. Klimat jest niezwykły – kolorowe stragany z dziwnymi produktami, słodko- kwaśny zapach przypraw, fast-foody z niezidentyfikowanym jedzeniem, psy, koty i dzieciaki. Na słynnym placu Dżamaa al-Fina, największej atrakcji turystycznej miasta, w dzień można zobaczyć tańczące kobry i małpki (które oczywiście siłą wciskane są za „niewygórowaną opłatę” na ramię), pokazy magików i tancerzy. W nocy plac rozbrzmiewa tysiącem dźwięków, muzyką fujarek i wrzaskami rozbawionej dzieciarni.

Wszystko to byłoby bardzo piękne, gdyby nie irytujący zwyczaj wciskania tobie, tępemu turyście z wypchanym portfelem, wszelkich możliwych atrakcji turystycznych typu wspomniane małpy, tatuaże z henny czy amulety na szczęście. Jeżeli, tak jak ja, masz wypisane na twarzy „NIEASERTYWNY”, przygotuj się na nieustanną walkę z naciągaczami. Marrakesz jest fajny, ale na dłuższą metę bardzo męczący.

 

img_0061
Dżamaa al-Fina wieczorową porą

 

img_0080

 

img_0056
Dywany w Marrakeszu

 

Kolejna niespodzianka czekała na nas przy wypożyczaniu auta- wypożyczalnie życzą sobie kaucji w wysokości 1800 euro (!!!). No i kolejny dziwny standard – kibelki bez drzwi. Jest za to kotarka. Nad wszystkimi wisiało jedno pytanie – co to będzie, jak kogoś złapie (a niestety zazwyczaj łapie…) tzw. zemsta faraona? Przedyskutowaliśmy to wspólnie i ustaliliśmy niepisaną zasadę o wychodzeniu reszty towarzystwa z apartamentu bez zadawania zbędnych pytań. Polecam, bo niemal każdy po kontakcie z Marokańskimi smakami będzie przeżywał podobne przygody.

Okej. Samochód załatwiony, jedziemy na południe, w kierunku Dakhli – słynnego spotu kite’owego. Po wyjeździe z Marrakeszu droga zaczęła być zupełnie przyzwoita, przynajmniej w porównaniu z Polskimi standardami. Pusta i prosta. Mijamy góry, a krajobraz robi się coraz bardziej pustynny. Zaczyna nam się naprawdę podobać. Wielbłądy wychodzą na drogę, a najbliższa miejscowość za 300 km. Pusto, dziko i piasek. Wygląda to dużo lepiej, niż w moich krakowskich wyobrażeniach.

Droga wyjątkowo fajna, super widoki, mimo że wszędzie piach to naprawdę nie sposób się nudzić. W słuchawkach leci „Bad Girls” (M.I.A.), jemy kabanosy z Polski i liczymy wielbłądy. Kontrole paszportów na posterunkach, rozstawionych mniej więcej co 50 km. (Polecam wszystkim podróżującym po Maroku i Saharze Zachodniej zrobić przed wyjazdem około 30-40 kserówek paszportów – zaoszczędzicie mnóstwo czasu). Według zapewnień mojego taty, od wysokości miejscowości Tan-Tan na południe zaczyna się naprawdę tanie paliwo.

 

img_0113

 

Dojeżdżamy do Dakhli.

Od razu mówię- jeśli nie jesteś fanem sportów wodnych, nie będziesz miał tam za dużo do roboty. W miasteczku są tylko psy, dzieci, osły, parę sklepików i domów oraz flamingi. My jednak byliśmy w siódmym niebie. Dzień spędzaliśmy na spocie w zatoce, gdzie część z nas pływała na kitesurfingu lub po drugiej stronie półwyspu, gdzie miejscowe chłopaki z „Dakhla Spirit” zabrały mnie na przejażdżkę traktorem przez pustynię nad ocean i doszkalali z surfingu. Bardzo cierpliwi z nich nauczyciele, chociaż dostałam straszliwy wycisk, bo fale były naprawdę spore jak na moje umiejętności.

 

dsc08562

 

img_0053

 

img_0270

 

img_0282

 

Wieczorki spędzaliśmy na poszukiwaniu jedzenia w miasteczku. Późną porą pustynna Dakhla ożywa. Otwierają się stragany z jedzeniem (polecam mięso wielbłądzie!), małe pizzerie i kawiarenki, a na ulicach bawią się ludzie w każdym wieku. Jedzenie jest naprawdę tanie i pyszne. Szaszłyk z wielbłąda kosztował około 60 dirhamów (czyli 60 centów), 1 euro zapłaciliśmy za wielki talerz z 3 rybami, sałatką i bułką. Wszystko pyszniutkie. Dorośli nie piją alkoholu, za to palą czerwone Marlboro i popijają zieloną herbatę z małych szklanych kubeczków. Jest to kraj muzułmański, dlatego nie znajdziesz upragnionych %% ani w sklepie, ani w restauracji. Po tygodniu usilnych poszukiwań zimnego piwka i utracie wszelkiej nadziei trafiliśmy do podziemi największego hotelu w mieście, gdzie lokalny dealer sprzedał nam w piwnicy po nieprzyzwoicie wysokiej cenie 5 małych piwek, dokładnie skitrał je w gazecie i zabronił otwierać na ulicy.

Lekcja nr 2– do krajów arabskich warto zabrać alkohol z Polski.

W małych miasteczkach, typu Dakhla, ale i innych, w jakich bywaliśmy po drodze, ludzie są zupełnie inni niż w turystycznym Marrakeszu. Mili, pomocni, zabawni, zupełnie nie nachalni. Wszędzie pętają się bezpańskie psy, bardzo miłe i zadbane oraz dzieci, również bardzo miłe i zadbane, i również trochę bezpańskie. Nasza towarzyszka podróży rzucała jednemu z tych sympatycznych psów patyki- niestety przypadkowo chapnął ją zębami. Właścicielka hotelu ze spokojem oznajmiła, że żaden pies nie jest tu szczepiony i zawiozła ją do miejscowego szpitala na szczepienie przeciw wściekliźnie, co było bardzo miłe, bo poświęciła dla nas swój czas.

 

img_0308
bardzo groźne zwierze

 

img_0262

 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o jeszcze jedno miejsce, o którym zdecydowanie warto wspomnieć- miasteczko Sidi Ifni. Bardzo ładne, niebiesko-białe domki nad oceanem i świetne warunki do surfingu. Dużo szkółek i wypożyczalni sprzętu oraz fajny targ z lokalnym jedzeniem. I niespodzianki takie jak:

 

img_0500

 

img_0502

 

A tu parę zdjęć z miasteczka i plaży.

 

dsc08602

 

dsc08625

 

img_0476

 

img_0480

 

img_0496

 

img_0495

 

img_0482

 

img_0506

 

Obok miejscowości mieszczą się słynne plaże Legzira. To już naprawdę każdy, będąc w Maroku, powinien zobaczyć. Olbrzymie łuki z czerwonej skały wchodzące prosto do oceanu, piękne fale podmywające brzeg i mnóstwo paralotniarzy, latających nad tym wszystkim.

Wygląda to jak fototapeta, tak nierealnie, że aż prawie kiczowato. Widoki zapierające dech w piersiach.

 

img_0614

 

img_0610

 

dsc08669

 

gopr3912

 

Z Sidi Ifni polecieliśmy prosto do McDonalda w Marrakeszu, bo zatęskniliśmy już trochę za domem.

Maroko i Sahara Zachodnia zdecydowanie nas zaskoczyły. Bardzo przyjazne i tanie miejsca, ze świetną atmosferą, pięknymi widokami i dobrym jedzeniem.

Bez alkoholu od biedy da się przeżyć dwa tygodnie, chociaż jak pojadę tam znowu (bo pojadę!), na pewno wcześniej się zaopatrzę.

Maroko polecamy szczególnie w lutym- temperatura była idealna, nie za zimno, bez upału. Jako, że jest to tamtejsza wiosna, co chwilę można się natknąć na świeżą zieloną trawkę i fioletowe dywany kwiatków, co jest bardzo miłe po długiej polskiej zimie.

 

img_0393

 

Teraz nasz transport:

Kraków-Bergamo (Ryanair)  (200zł/obie strony)
Bergamo-Marrakesh (Ryanair) (300zł/obie strony)
Marrakesh-Dakhla 1400km – wypożyczony samochód (1000zł/10dni z ubezpieczeniam) +paliwo ok 700zł (razem 1700zł)


i jeszcze parę zdjęć na zachętę:

 

img_0630
tańczące kobry w Marrakeszu!

 

img_0611
delikatny Polski akcent w supermarkecie

 

img_0421
pyszny tadżin

 

img_0337

 

img_0302

 

img_0263

 

img_0182

 

img_0203

 

img_0233

 

img_0250

 

img_0164

 

img_0159

 

img_0148

 

img_0098
Atlas Wysoki w tle

 

dsc08626

 

Do zrobienia w Maroku:

-zjedz Tażina

-wypij zimne piwko oglądając zachód słońca na Lagzirze

-poszukaj kwiatów pustyni na pustyni

-zjedz wielbłąda

-naucz się surfować

-nie daj się ugryźć żadnemu psu i żadnemu kleszczowi (niektóre są naprawdę ogromne! nie chodźcie boso po krzakach)(kleszcze, nie psy)

-nie daj się klątwie faraona – jeśli Ci życie miłe, pij wodę butelkowaną i dokładnie myj owoce.


Wszystkie pytania w sprawie podróżowania/ kite’a, surfingu i warunków/ unikania mandatów/ jedzenia, możecie zadawać w komentarzach, chętnie doradzę tym, którzy wybierają się w tamte okolice 🙂

 

 

Luty- marzec 2015

Dodaj komentarz