Teneryfa

img_5338

I oto znowu potwierdziła się stara, niepisana zasada, że najlepsze wyjazdy to te na spontanie 🙂

img_5009

Na okazję tego typu czaiłam się od jakiegoś miesiąca, konsekwentnie odmawiając sobie przyjemności nauki bądź kontynuowania pisania pracy, argumentując to natychmiastową potrzebą zaznania odpoczynku. W końcu się udało – na niezawodnym Rainbowtours kupiliśmy okazyjne bilety na Teneryfę (coś dawno mnie nie było na Kanarach).

Wylot miał być dwa dni później więc razem z moim towarzyszem podróży Karotką miałyśmy bardzo mało czasu na tzw Ogar. Z tego powodu wyszło wiele zabawnych sytuacji, ale o tym potem.

Wylądowałyśmy na lotnisku południowym, gdzie od razu powitał nas słoneczny żar, którego zupełnie nie spodziewałyśmy się na początku marca. Nasze plecaki ważyły dobrą tonę, miałyśmy na sobie ciepłe ubrania z Polski i jedyne o czym marzyłyśmy to dostać się nad ocean i zjeść obiad (czyli eleganckiego tuńczyka z ryżem).

1
urokliwe Katowice
img_5082
Paulinka: „Czy to Tatry?”
img_5092
Teida z samolotu

img_5099

img_5101
obiad mistrzów
gopr5378
Pan Ślimak

Potem, bez map, internetu, GPSa, a nawet pomysłu w którą stronę się udać, zaczęłyśmy szukać naszego noclegu. Nie pamiętam wiele z tej wycieczki, oprócz wzrastającej nienawiści do panującej temperatury i swojego plecaka.

Pierwsze dwie noce spędziłyśmy w wynajętym pokoju w miejscowości Golf del Sur, obok Aueroporto del Sur. Miał być basen, wifi, kuchnia i balkon, był tylko balkon. Dwa pierwsze dni spędziłyśmy szukając auta do wypożyczenia i kręcąc się w kółko jak dzieci we mgle, nie mając ani mapy ani Internetu (ja zapomniałam map a Paulinka kabla do GPSa). Żywiłyśmy się winem i papajami, a mimo małych dysfunkcji organizacyjnych poradziłyśmy sobie pierwszorzędnie!

img_5139
pola golfowe w Golf den Sur

img_5161

20160303_222303
dieta- cud

Prawdziwa przygoda zaczęła się dopiero po wypożyczeniu auta. Udało nam się znaleźć auto w małej firmie w Golf Del Sur, dostać dzień gratis, drugiego kierowcę za darmo i „niestety skończyły nam się małe auta więc dostaniecie Kangoo„. Biorąc pod uwagę nasze perspektywy noclegowe nie mogło być lepiej.

Na początku udałyśmy się na wschód, do El Medano, w poszukiwaniu fal. Medano okazało się mekką kite – i windsurferów, do surfingu nie było tam niestety warunków. Codziennie byłyśmy tam z powrotem w nadziei na jakieś fale i skończyło się tylko na trzech nędznych pływankach. Ale kajciarze i windsurferzy znaleźliby tam raj na ziemi 🙂

img_4772

img_5526

img_5189

Udałyśmy się dalej, w stronę stolicy wyspy, Santa Cruz. Tam pojeździłyśmy trochę w kółko zachwycając się urokiem miasta, które posiada własną linię tramwajową i Operę, przypominającą tą z Sidney. Podobała się nam ilość zieleni, piękne murale i zadbane kamienice, najbardziej jednak zapadła mi w pamięć pyszna, mocna, gęsta esspresso która uratowała mi życie.

bez-tytulu

img_5227

img_5240

Na następny dzień rano pożegnałyśmy się z cywilizacją siedząc pod prysznicem jakąś godzinę, wsiadłyśmy do naszego Kangurka i pojechałyśmy na zachód, w stronę klifów Los Gigantos i Maski. Już sama droga zapiera dech w piersiach – wielki błękit wyłaniający się z ogromnych skał.

Oba miejsca zostawiły za sobą niezapomniane wrażenia, a Masca jest dużo ładniejsza, niż na pocztówkach. Przywitała nas muzyka grana przez starego hippisa pod wielkim platanem; oprócz tego miasteczko było ciche i idealne wkomponowane w otaczające je gigantyczne góry. Miałyśmy plan udać się na trekking wzdłuż doliny, jednak stwierdziłyśmy zgodnie, że Converse na taką wyprawę nie spełnią swojego zadania.

Góry Teneryfy, według mojego odczucia, to dość poważne góry, dlatego jeżeli chcecie wybrać się spacerkiem na El Teide lub na plażę pod Mascą, lepiej zaopatrzyć się w porządne górskie buty, kapelusze od słońca i ciepłe ciuchy (pogoda zmienia się jak chce).

gopr5422

img_5257
Los Gigantos

20160305_124152

img_4789

img_5308

img_5363

img_5338
Masca

img_5378

20160305_125147_richtonehdr
kręta droga na Masce
img_4817
dziwne rzeczy w drodze powrotnej…:)

Nie miałyśmy konkretnego celu dalszej podróży i autko zawiozło nas prosto do Garachico – małej mieścinki na północy, gdzie zastygnięta lawa tworzy naturalne baseny z drabinkami do kąpieli. Miasteczko wydało nam się bardzo ładne i przyjazne, a jako, że zbliżał się już wieczór a my i tak nie miałyśmy co z sobą zrobić, postanowiłyśmy, że noc spędzimy właśnie tutaj, tuż nad brzegiem oceanu, u stóp fajnej knajpki z WiFi.

Pojechałyśmy jeszcze na zakupy do sąsiedniej La Orotavy, przy okazji zahaczając o słynną, wiekową dracenę El Drago.

img_5467

img_5477

img_5456

img_5448

img_5445

img_5444

img_4827

img_4845

img_4824

img_4822

Wracając napotkaliśmy niemałą niespodziankę – Karnawał! Prawdziwy, wypasiony karnawał, najbardziej odlotowa rzecz jaką w życiu widziałam! Cała impreza zakończyła się koncertem na rynku miasteczka i tańcami do białego rana. Całe rodziny, dzieci, dorośli, starsi, psy i koty, wszyscy bawili się w rytmie latynoskiej muzyki, podchmielone dziewięćdziesięciolatki ładowały się na scenę, był śmiech, zabawa i niesamowity klimat. Kanaryjczycy naprawdę potrafią się bawić…Zgodnie stwierdziłyśmy, że choćby reszta wyjazdu miała być kompletną klapą, dla tego jednego wieczoru warto było tu przyjechać. Na szczęście później okazało się, że nie miałyśmy racji – każdy następny wieczór był lepszy od poprzedniego 🙂

12800215_1160930597253101_3056435732151891967_n

img_4885

img_4880

img_4868

Następnego dnia trafiłyśmy do Puenta de Hidalgo- brzydkiego miasta z przepięknym widokiem na ocean. Fale z góry wyglądały przyjemnie, jednak na dole, stojąc z nimi twarzą w twarz musiałyśmy zweryfikować nasze surfingowe plany 🙂

img_5519

img_5505

img_5502

img_4911

20160306_133225

20160306_133516

Wieczorkiem z kolei dopadła nas ochota na imprezkę, udałyśmy się więc do Costa Adeje gdzie znajdował się polecany przez wszystkich klub Papagayo. Nie był to jednak beach-bar którego się spodziewałyśmy, a brzydkie, luksusowe miejsce pełne bogatych, pijanych Brytyjczyków, w którym na na domiar złego płaci się 10 euro za wejście (?!). Wyśmiałyśmy fakt, że ktoś mógłby płacić tyle za coś takiego, kupiłyśmy browarki i zorganizowałyśmy imprezę na plaży z nowo poznanymi włochami. Wtedy to zaczął się kolejny etap naszej wyprawy, roboczo nazwę go „Insomnia” – od tego momentu nie spałyśmy dłużej niż 3 godziny na dobę. Teneryfowe imprezy spodobały nam się tak bardzo, że po prostu żal nam było tracić jakąkolwiek noc na spanie. Z drugiej strony chciałyśmy zobaczyć wyspę, więc nie-spanie to jedyne co nam pozostało.

Co do Costa Adeje: jeżeli dobrze się czujesz na ul. Szewskiej w sobotę wieczór, obskoczony przez stu promotorów wpychających cię na jakąś płatną imprezę, to miasto jest dla Ciebie. To samo tyczy się imigrantów, wciskających Ci narkotyki wszelkiego rodzaju i okulary-przysięgam-że-markowe.

Mimo wszechogarniającego zmęczenia, następnego dnia zdołałyśmy pobawić się na surfingu 🙂 Później zaliczyłyśmy jeszcze wyprawę pod wulkan Teide, który moim zdaniem jest nieco przereklamowany, ale fakt faktem, że nie chcieliśmy płacić ok. 20e za wyjazd na samą górę. Mieszkańcy wyspy przyjeżdżają tu, żeby pojeździć po śniegu na bodyboardach…:)

img_5596

img_5602

img_5609

img_5621

img_5634-animation

img_5647-pano

img_5659

img_5664-animation

img_5682

img_5706

img_4964-1
zamglony powrót

Dzień skończył się na mojej ulubionej plaży Las Teresites, położonej na wschód za Santa Cruz.

img_5753

img_5731

img_5730

img_5731-1

Z rzeczy do obejrzenia polecamy jeszcze plaże Hippisów w okolicy Los Christianos, w miejscowości La Caleta – nie dotarłyśmy na plażę bo trochę odstraszyła nas ilość nagości widziana z góry, ale w męskim towarzystwie chętnie wybrałabym się na dół. Hippisi siedzą sobie w swoich chatkach i namiotach w pięknej zatoczce z czystą, błękitną wodą i całymi dniami oddają się czillowaniu.

Wyspa w ogóle jest domem wielu Hippisów – szczególnie da się to zauważyć w El Medano, gdzie siedzą na promenadzie, bawiąc się ze swoimi psami, grając na gitarze i plotąc jakieś bransoletki. Ich życie wygląda naprawdę super…

img_5825

img_5022

Ostatni wieczór bawiłyśmy się hucznie w Costa Adeje – najpierw pijąc Mojito w barze naszych znajomych – La Flaca (polecamy! Najlepsze Mojito świata) a potem tańcząc do 7 rano w klubie Achaman, gdzie zrobiłyśmy furorę (przynajmniej tak nam się wydawało).

O 9 niestety trzeba się było spakować i jechać na lotnisko – do dziś nie wiem jakim cudem udało nam się to zrobić na czas i na pewno było to jedno z większych osiągnięć mojego życia.


Teraz parę ciekawych faktów z Teneryfy:

-Ceny są zaskakująco niskie. Przykładowo, w jednej z większych turystycznych miejscowości w McDonaldzie przy samej plaży za frytki i kawę zapłaciłam 2 euro (Jastarnia może sobie wsadzić swoje ceny w nos). Za całą benzynę na 7 dni, w czasie których zrobiłyśmy około 1300 km zapłaciłyśmy 40 e.

-Papayami można się żywić maksymalnie przez 4 dni, później zbrzydną wam tak, że już nigdy nie weźmiecie ich do ust.

-Ludzie, jak to na Kanarach, przecudowni. Niemal wszyscy, niezależnie od wieku, mówią dobrze po angielsku

-Brytyjczycy nie umieją się zachować

-Teneryfa to miejsce bardzo przyjazne nomadom 🙂 nie trzeba wydać dużych pieniędzy, żeby spędzić tu królewskie wakacje. Problem mycia rozwiązywał nam ocean i prysznice na plaży, ewentualnie łazienki na stacjach benzynowych (miałyśmy dłuuugą listę stacji, na które nie możemy już wracać…)

-Pani w wypożyczalni usiłowała nam wcisnąć, że nie możemy zostawić w aucie absolutnie nic, ponieważ musi być ono cały czas otwarte bo na pewno nas okradną…po długich wątpliwościach i perspektywie noszenia całego dobytku ze sobą zdecydowałyśmy się jej nie słuchać i chyba dobrze zrobiłyśmy. Wbrew jej ostrzeżeniom nie wydaje nam się, żeby na wyspie był duży problem z kradzieżami.

-będąc na Teneryfie koniecznie idź potańczyć! W Polsce nie ma takiej zabawy jak tutaj, a pomyślność imprezy nie opiera się na alkoholu, a na ilości ludzi na parkiecie:)

-drzwi wciąż wszędzie otwierają się do wewnątrz

-Pogoda zmienia się co chwilę (smażysz się na plaży, wyjeżdżasz z miasta i nagle musisz założyć bluzę)

-Miałyśmy w planie odwiedzić słynny Loro Park, czyli wielki ogród zoologiczny z pokazami delfinów i orek, ale nasz znajomy surfer Borja dał nam do myślenia. Poprosił, żebyśmy nie płacili parkowi, ponieważ właściciele źle traktują swoich podopiecznych, odurzając zwierzęta i bijąc je. Także Loro Parku NIE POLECAMY.

-Jeżeli masz dobrą motywację, po całonocnej imprezie i 2h snu możesz spędzić cały dzień intensywnie zwiedzając i nie czując zmęczenia przez tydzień (maksymalnie) 🙂

Kilka słów o darmowych campingach: dzięki naszemu sporemu autku do żadnego z nich nie musiałyśmy trafiać, ale pierwotny krakowski plan zakładał nocleg właśnie na nich. Są darmowe, wystarczy załatwić sobie pozwolenie z biura, wysyłając skany dowodów osobistych i wypełnione formularze na adres medionatural@tenerife.es . Większość posiada bieżącą wodę.

Wszystkie potrzebne informacje i dokładną lokalizację campingów znajdziecie tu i tu . My jednak spanie na campingach polecamy jedynie w lecie, ponieważ teraz w górach jest naprawdę zimno.

Wakacje na Teneryfie kosztowały nas naprawdę niewiele:

-przelot w 2 str z bagażem- około 300 zł

-wypożyczenie auta- 140 e na dwójkę (niestety brakło dla nas tańszych aut i był to najdroższy element wyprawy)

-benzyna- 40 e na dwójkę

Reszta wydatków zależała od naszej ułańskiej fantazji:)

Teneryfę polecam chyba najbardziej ze wszystkich Wysp Kanaryjskich, bo wyspa naprawdę bardzo nas polubiła, wbrew początkowym wątpliwościom. Piękne, zielone tereny na północy, wielkie góry i piękne plaże, a przede wszystkim cudowni ludzie skradli nam serducha i wszystkim bardzo gorąco polecamy to miejsce!

Trochę zdjęć na koniec 🙂

img_5794

img_5790

img_5594

img_5592

img_5059

img_5058

img_5051

img_5047

img_5043
nowi przyjaciele 😀

img_5012

PS. Większość zdjęć autorstwa Karotki!!! Dziękuję <3

Luty 2016

Dodaj komentarz